31.12.2013

Post grudniowy

   Kiedy uciekł mi ten miesiąc, to ja nie wiem. Takie plany miałam, tyle chciałam zrobić, poblogować więcej... I co? I wielkie nic ;) Wszystko przez to, że urządziłam "ekspresowe" malowanie. Tylko ten ekspres ciężko zorganizować, jeśli pomieszczenie, które się chce malować jest jedynym mieszkalnym. A żeby jeszcze za prosto nie było, to najpierw trzeba zedrzeć tapetę. Tak właśnie wyglądały moje dni przedświąteczne. Odmaczanie tapety, malowanie bezpośrednio na tynku i tak kawałeczek po kawałeczku. Nie wygląda to zabójczo, ale jest o niebo lepiej niż było. No i zdążyłam dosłownie 3 godziny przed Wigilią :) Będę mogła w końcu jakieś zdjęcia wnętrza pokazać, bo wcześniej wstyd był po prostu!

I oto pierwsze, mojej półeczki (prowizorycznej oczywiście), na której znalazł się jeden z prezencików (świecznik) od Polinki z bloga Zielenie - jeszcze raz bardzo Ci dziękuję :)

Na zdjęciu dobrze widać, że farba jeszcze świeża miejscami :D

Sporo wyrwy czasowej u mnie nastąpiło również z powodu wyprawy do domu rodzinnego. Trzeba było spakować wszelakie ozdoby i przydasie na Święta. Odbyła się również masowa produkcja pierniczków!

Mogłam wypróbować stempelki wygrane niedawno w candy (i foremkę konika też). Wyszły pyszne. Znikały szybko zaraz po ściągnięciu z blachy, bo pewien mały osobnik tylko truptał szybciutkim krokiem do kuchni co jakiś czas i zgarniał całymi garściami :D


Jakimś cudem w tak zwanym międzyczasie udało mi się z Młodym upolować choinkę. I chociaż zabierałam się do jej ubierania zaraz po kupieniu, to wyszło na to, że w pośpiechu ozdabiałam ją przed samą Wigilią. Pierwszy raz mi się to zdarzyło! Ale wyszła ładna, swojska, taka moja - jak zawsze :)

Ptaszek obowiązkowo zawisł na samym środeczku. Jeden jedyny jest, nie do końca wiadomo skąd, ale mój ulubiony.

Aniołki z wosku pszczelego. Pachniały zabójczo zaraz po kupieniu. Niestety po paru latach zwietrzały, ale jak się dobrze wniuchać... ;)

Szydełkowe aniołki miały być wszechobecne. Skończyło się na tym, że powstał... jeden. Zabrakło czasu :( Nic jednak straconego - jak tylko się ogarnę noworocznie, to spokojnie rozpocznę produkcję na przyszły rok :)

I ogólny przegląd naszych ozdóbek choinkowych:

Filcowe serduszka to prezent od Maciejki. Nawet nie miałam jeszcze czasu podziękować - wstyd. Dlatego tu i teraz kajam się i oficjalnie: dziękuję Ci Kobitko droga. Serduszka są piękne i muszę bardzo uważać, bo Młody się do nich przykolegował już ;)
A słomiane koziołki u mnie na choince w parach zwrócone ku siebie - w końcu z Poznania jestem ;)

Stół nasz wigilijny w tym roku bardzo "zgrzebny" był. Płótno, brązowe talerze, kubasy ceramiczne i lekkie złoto do ozdoby.

Niestety zdjęcia nie są rewelacyjne, ale baaardzo na szybko zrobione :)

 Sztućce, talerze i kieliszki otrzymane w prezencie ślubnym miały w końcu wielką chwilę! :)

Tak więc premiera świąteczna w domu była! Na szybko zamawialiśmy jeszcze kuchenkę turystyczną i butlę z gazem podłączył M., żeby jakoś dało się ugotować co-nieco ;) No i największy postęp...

MAMY OGRZEWANIE! Piec podłączony! Cud nad cudy. Piękny prezent od M. Pierwsze odpalenie nastąpiło w Wigilię, więc dosłownie na ostatnią chwilę - jak to u nas. Pięknie rurki pozgrzewane, pakuły nakręcone i wszystko własnymi "ręcami"! A wielu niedowiarków wokół nas było. Wielu wieść złowróżbną niosło jak to ciec będzie, jak to źle będzie, jak to padnie wszystko. Słusznie więc teraz M. może z nosem w suficie zarytym chodzić. Ja skromnie dwa pakuły nakręciłam, ale też nie ciekną ;)

A po Świętach kolejny krok milowy - ciepła woda poleciała :) Cywilizacja pełną gębą normalnie. I mamy również schody uspawane przez teścia. Tymczasowe, ale już nie trzeba po ruszających się bloczkach siporeksu skakać - to dla uspokojenia Ondraszy ;)

Mamy również przysposobionego kotka, który pomieszkuje u nas na tarasie. Nawet własnego legowiska się dorobił. A po Świętach ma wyżerkę wielką u nas, bo my karpiki bardzo lubimy :)


I tak to się kula u nas powoli. Dzisiaj jeszcze szalone zakupy w Leroy mieliśmy, żeby z odliczeniem vatu zdążyć. To już jednak temat na osobny post.

A dziś pragnę Wam wszystkim życzyć bardzo szczęśliwego Nowego Roku. Pełnego twórczych pomysłów, życzliwości ludzkiej i kilku spełnionych marzeń oraz planów :)

Do "poczytania" w 2014-ym. Ja mam wielkie zaległości u Was i już jutro zacznę je nadrabiać.

07.12.2013

Skąd masz w domu prąd?

   Atrakcji co niemiara u nas. A właściwie to jedna, ale konkretna i dość uciążliwa. Przez wichurę, która nawiedziła nasz kraj, mamy awarię prądu. Nie cały czas, ale akurat wtedy, gdy jest najbardziej potrzebny ;) Zaczęło się w czwartek pod wieczór, kiedy zabieraliśmy się za pisanie listów do Gwiazdora. Nie pozostało nam nic innego jak pozapalać wszystkie dostępne świece i w tych romantycznych okolicznościach przelać swoje marzenia na papier. I chociaż nastrojowo było, to światło zbyt słabe, by upamiętnić tą naszą działalność na fotkach.

Młody do awarii podszedł bardzo spokojnie i oświadczył po przemyśleniach głębszych, że to Mikołaj sprawił, by nikt nie zobaczył jak pomyka przez świat w nocy :) A ponieważ wiało niemiłosiernie i sypała jakaś przemarznięta kasza, to zamiast mleka Święty załapał się u nas na coś rozgrzewającego ;) Kącik udało się przygotować tuż przed awarią.


Jeśli ktoś będzie się zastanawiał cóż to za tło, to informuję, że to nasza kotarka przy drzwiach wejściowych. Może nie do końca "twarzowa" ale rewelacyjnie spełnia swoje zadanie ;)

Mikołajowi napitek chyba zasmakował, bo obdarował nas hojnie. Mnie to aż troszeczkę za bardzo nawet. Dziękuję kochany M...ikołaju ;) 


Buteleczka do której natychmiast powędrował olej (oliwy akurat w domu brak) oraz przepiękna mini etażerka - na orzeszki, rodzynki i inne łakocie pyszne!
A książeczka to już drugi Mikołaj, który wie, że się wkręciłam w ogród bardzo :)

Rozpakowywanie prezentów odbywało się także przy świecach, bo awaria trwała rano w najlepsze! Dobrze, że mamy mały palnik turystyczny na gaz, bo kawy by rano nie było :D W ciągu dnia energetyka ulitowała się trochę, ale wieczorem - powtórka z rozrywki... I dzisiaj rano to samo. Teraz niby jest, ale trzymajcie kciuki lepiej, bo kolejnego wieczoru już nie wytrzymam. Przy świeczkach ani poczytać, ani na szydełku robić się nie da. Tzn. nie no, oczywiście, że się da, ale oczy dostają nieźle w d... ;)

Wczoraj dotarł też do mnie trzeci Mikołaj - chyba bardzo grzeczna byłam :) Ten trzeci to Magda z bloga Barwy Ogrodu, u której wygrałam przepiękne, takie oto candy:


Cukieraski prawie wszystkie ze Skandynawii i cieszą mnie jak małe dziecko. Już się nie mogę doczekać, by wypróbować foremkę konika i stempel!

A na koniec szybkie ujęcie z mojego ogrodu - wczoraj i dziś mniej więcej o tej samej porze.


Piękne niebo na zdjęciach może zmylić bo Ksawery jeszcze resztą sił ciągnie ;)


Ściskam Was cieplutko i pędzę do szydełka, zanim M. wróci z pracy (niestety tak mu wypadło), bo będzie marudził, że ja znowu w tych nitkach ;)

P.S. Witam nowe obserwatorki. Bardzo mi miło, że tu zawitałyście :)

02.12.2013

Wieniec adwentowy i miłe prezenty

   I nagle nie wiadomo kiedy rozpoczął się grudzień. Miesiąc głów buzujących pomysłami i rąk rwących się do pracy twórczej :) U mnie oczywiście nie inaczej. Sezon ogrodowy należało skończyć i można trochę więcej "podłubać" przy dekoracjach i ozdobach. Chociaż nie powiem - czekam jeszcze na jakieś cieplejsze dni, by dokończyć pracę przy roślinkach ;)

Tak czy inaczej, rozpoczął się adwent. Czas radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie. Od kiedy sama jestem mamą, to jakoś tak bardziej dociera do mnie sens i wymowa tych Świąt. I tak jak pisała Paulina z bloga Zielenie - więcej wzruszeń z roku na rok. Człowiek się starzeje? Rozkleja z wiekiem? Czy po prostu po przedświątecznych przygotowaniach musi sobie ulżyć i tak te emocje się wylewają? ;) My do ostatniej chwili będziemy oczywiście działać remontowo, by w jak najbardziej cywilizowanych warunkach spędzić tą pierwszą Wigilię w naszym domku. Ale by jakoś tego świątecznego charakteru nadać (i odwrócić wzrok od rozdłubanych ścian), to czas rozpocząć dekorowanie. Pomalutku, po cichutku, ale systematycznie do przodu. I tak oto powstał wieniec adwentowy. Szybki skok do ogrodu z sekatorem, ciachnąć tu, ciachnąć tam, skręcić, wetknąć i voila!


Że świeczki niesymetrycznie? No tak mi się świerk ułożył i nie chciałam z nim za długo walczyć, bo kłuje niemiłosiernie ;) Zresztą taki podoba mi się nawet bardziej. Symetrycznie ustawione świeczuszki chyba psułyby ten efekt naturalności...


Całość spoczywa na paterze od ciasta, więc w razie potrzeby łatwo można przestawić i nic się nie rozsypie. Teraz mogę spokojnie brać się za kolejne moje pomysły, a jest ich sporo w tym roku. Blogi jednak bardzo inspirują do własnego tworzenia, prawda? :) W międzyczasie muszę tylko węgiel do piwnicy przerzucić, ułożyć drewno do palenia by lepiej schło i podziałać remontowo w domu. Ale spokojnie - jeszcze całe 21 dni :D Aha... I jakieś prezenty. Zero pomysłów. Zresztą jak dla mnie może ich nie być, jeśli tylko dom ozdobiony będzie, atmosfera świąteczna na 110%, pachnąca choinka i jakieś smakołyki na stole (śledziki..., zupki..., karp w rodzynkach... - głodna się robię!).

Obiecałam w poprzednim poście pochwalić się ślicznymi prezentami, które dostałam ostatnio. Są to podarunki od Leny z bloga W małej chatce u Leny. Organizowała ona candy i chociaż nie wygrałam to i tak załapałam się na "małe co-nieco".


Serwetka jest naprawdę śliczna i na żywo prezentuje się dwa razy lepiej. Buciki są fajną i wesołą ozdobą świąteczną. Czekoladka normalnie pychota - dawkuję sobie, żeby starczyła na jak najdłużej ;)

Aha, jeszcze słowo o kalendarzu adwentowym. Chociaż miałam na niego kilka pomysłów, to najzwyczajniej w świecie nie zdążyłam przygotować. Tak więc w tym roku, tak jak w poprzednim, mamy mikołaja z szufladkami z Ikea. Jednak oprócz słodkości w tym roku są też karteczki z zadaniami, żeby Młody mógł zbierać "Mikołajowe Punkty". Póki co wielki zapał ma i z namaszczeniem do tego podchodzi :)

Dzisiaj ściskam Was już ciepło i wracam do moich gwiazdek szydełkowych :)

25.11.2013

Skarby i przydasie

   Piękne słoneczko dzisiaj było. Na blogach czytam, że pierwszy śnieg? Moja mama też wczoraj w małej zamieci wracała do domu. A u mnie owszem - lekki mrozik, ale nic poza tym. Skoro jednak takie rzeczy dzieją się w kraju, to postanowiłam ostro podziałać dzisiaj w ogrodzie. Okryłam wrzosy, jeżynę bezkolcową, wyściółkowałam nową jabłonkę i morelę, spuściłam wodę z ogrodowego kranu. No i przy tej pracy przeszły chrzest bojowy moje nowe mitenki :) Pisałam Wam ostatnio, że chociaż rośliny rządzą, to jednak czas na szydełko wieczorami znajduję. M.in. powstała para taki "przydasi" jesienno-zimowych:


Udało mi się dzisiaj też wsadzić ostatnie roślinki. Długo biedaczki czekały, ale wytrwały ;) W cudowny sposób nastąpiło ich rozmnożenie, a potem dopadła mnie choroba i chwilowa niemoc z tym związana.
To cudowne rozmnożenie jest zasługą wspaniałej Ondraszy z bloga QUADRO - Zielona Pracownia. Miała ona małą sosenkę na wydaniu, którą chętnie adoptowałam. Ondrasza nie dość, że osobiście mi ją dostarczyła, to jeszcze dołączyła inne sadzonki i nasiona ze swojego ogrodu. Takie darowane roślinki są najcenniejsze, bo zawsze będą przypominać o osobie, od której przybyły. A tak wygląda sosenka już po przeprowadzce :)


Ale, ale - miałam Wam oszczędzić historii ogrodowych ;) Teraz będzie więc coś z totalnie innej beczki! Znaleziska wszelakie. Ostatnio mam do nich szczęście. A to mieszkanie babci..., a to stara piwnica..., a dzisiaj nawet mój garaż (ale to innym razem). Dzisiaj te piwniczne skarby. Szklane skarby konkretnie.
Po pierwsze słoje duże, dobre do wszystkiego. W jednym nalewka dojrzewa, w drugim słodkości wszelakie Młodego, w kolejnych...


Przepraszam za ten "lekki" pył u podstawy słoi, ale był to akurat dzień robienia bruzd w ścianie do rur od kaloryferów. Zresztą u nas rzadko kiedy nie ma tej warstewki pylastej ;) Na szczęście już coraz mniej i światełko w tunelu powoli przebija lekką poświatą.

Drugie szklane cudeńka, które Wam pokażę to właściwie reprezentanci tylko. Powędrują do nich naleweczki jak tylko znajdę chwilę spokojną na ich zlanie. Tylko wtedy nie będzie tak ładnie widać tych kolorków... No spójrzcie same:


I jedno ujęcie z lampą, żeby nikt nie miał wątpliwości :)


Różne skarby będą się jeszcze u mnie pojawiały. W sobotę np. oglądałam z mamą jeden stary dom w mojej miejscowości i nawet stamtąd coś zdobyłam. Ale aż serce się kroi ile tam jeszcze piękności jest! Trzymajcie kciuki za naszego Totka! Przy okazji Ystin - Ty byś tam musiała z wieeeelką przyczepą podjechać ;)

W kolejnym poście pokażę Wam jakie cudne prezenciki dostałam od jednej z naszych blogowych koleżanek. Dzisiaj już słońca nie starczyło na dobre zdjęcia ;)

18.11.2013

Ziemie odzyskane i coraz cieplej

   Niestety tak jakoś ostatnio się dzieje, że same posty ogrodowe i remontowe. Dzisiaj nie będzie inaczej, ale obiecuję, że już następny post będzie z mojej działalności twórczej. Bo to, że nic nie pisałam nie znaczy, że nic nie robiłam :) No i mam kilka fajnych starych / nowych przydasi, którymi chcę się pochwalić ;) A póki co...

W końcu dokończyłam moją rabatę wrzosową. Tzn. na ten rok, bo już planuję jej powiększenie i kolejne nasadzenia kwasolubnych. Na razie uzupełniłam korę, a obok powsadzałam cebulki tulipanów (chyba), które wydobyłam z ziemi w trakcie tworzenia tego zakątka. Obecnie wygląda to tak:


Na drugim planie widoczne pozostałości foli, gdzie obecnie na połowie rosną szparagi, a drugą część przerobię chyba na inspekt. Natomiast na trzecim planie widać wielką pryzmę kompostu. Pewnie sporo czasu minie, zanim uda nam się ja zniwelować, ale póki co dostarcza nam super próchnicy. Oczywiście nie mam zamiaru kompletnie likwidować kompostownika. Po prostu przeniósł się w inne miejsce - będzie w narożniku planowanego warzywnika.

Kolejnym odzyskanym fragmentem terenu jest rabata z cebulami wiosennymi. Moja mama poszalała na wyprzedaży w Leroy i dzięki temu wiosna zapowiada się kolorowo. "Pod nóż" poszedł w tym celu kolejny fragment trawnika. Nie jesteśmy zwolennikami trawy. Ja, ponieważ zajmuje miejsce potrzebne mi pod inne rośliny, a M. ze względu na konieczność koszenia. Tak więc raczej wyleci z naszego ogrodu ;) Ale wracając do rabaty:


Muszę jeszcze oczyścić ziemię pod brzoskwinią z lewej strony i czereśnią z prawej, ale na razie czasu nie starcza i walczę z listą priorytetów! W tle zresztą widzicie kolejne śmietnisko do ogarnięcia. Zwłaszcza, że za tą "górką" jest miejsce jagody Goji. Lubię takie nietypowe rośliny. W końcu mój ogród ma się wyróżniać :)
Aha! Jak się przyjrzycie, to na tej rabatce widać patyczki, które oznaczają miejsca wsadzenia cebulek. Nie jestem jeszcze super ogrodnikiem, więc wolę mieć zaznaczone, czego nie pielić :D

A remontowo kolejny krok za nami. W końcu udało się dokończyć dach - druga warstwa papy i koniec opierzenia, więc problem z głowy. Oczywiście muszę pokazać Wam zdjęcia, ale to przy okazji, bo są na laptopie M.
Osadzone mamy już wszystkie okna. Ostatnie, w pokoju Młodego, pojawiło się wczoraj (oczywiście że w niedzielę). M. doszedł już do niezłej wprawy i mógłby tym zajmować się zawodowo. Dzięki temu, że wszystkie okna już szczelne, to znowu ciut cieplej się w domku zrobiło.

A propos cieplej, to zaczęliśmy ocieplać domek. Właściwie to teść z ekipą "wprosił" nam się i część już jest. I wtedy okazało się, że Młody potrafi jednak być pomocny. Po prostu nie kręci go pomaganie mamie w ogródku. Komentować nie muszę - same popatrzcie!


A teraz korzystając jeszcze z chwili oddechu pędzę na Wasze blogi, bo mam straszne zaległości. Jedynie na Wasze komentarze udaje mi się w miarę regularnie odpowiadać ostatnio - jeśli jeszcze tego nie zauważyłyście :)

Do następnego "poczytania" i zapraszam do komentowania ;)

01.11.2013

Wyjściowo?

   W końcu doczekaliśmy się porządnego wejścia. A może wyjścia? No drzwi generalnie! :)

Drzwi pojawiły się jako pierwsze, niecałe dwa tygodnie temu. Niestety ostatnio największe prace odbywają się u nas w niedziele. Z drzwiami było tak samo. A jak wiadomo "Niedzielna praca w gówno się obraca" (za przeproszeniem). No i rzeczywiście - mój palec przekonał się o tym na własnej skórze. Podejrzewam jednak troszeczkę, że był to zamach na moje życie ze strony M. ;) No bo jaki mąż przyskrzyniłby zawiasami palec własnej żony?! Niby wypadek, ale wiecie... Miałam przykręcić dolny zawias do framugi, a tu AŁA!! Ponieważ oboje byliśmy już w tym momencie poranieni, to górny zawias i regulacja zostały olane "na potem". Jednak nie dało się drzwi przez to otwierać, bo się zacinały... Ale ja, zdolna i sprytna kobitka, jak tylko w poniedziałek wyprawiłam męża do pracy, to sama samiuteńka zrobiłam to sprytnie. I oto - voila!


W pełni sprawne i działające drzwi. Nie ma schodów? Jeszcze nie dawno nie było nawet dziury w tej ścianie, więc kto by się schodami przejmował ;) Zresztą póki co będą tylko takie tymczasowe, bo tutaj ma jeszcze powstać przedsionek, ale to już na przyszły sezon - teraz się nie wyrobimy.

Musicie wiedzieć, że do tej pory wchodziło się u nas przez taras. Na starych drzwiach balkonowych był zamontowany zwykły patentowy zamek. Wystarczyło pewnie mocniej kopnąć żeby wejść. A same drzwi stare i "przewiewne" :) Ich wymiana odbyła się w ostatnią niedzielę (znowu!). Zapowiadało się, że mission impossible, bo sama nowa framuga z jednym skrzydłem nieruchomym waży ho, ho! Ale wyobraźcie sobie, że we dwójkę z mym Małżem daliśmy radę (a trzeba je było jeszcze przytargać z garażu). Bez pomocy, bez łachy innych osób. A co! Oczywiście demontażem starych zajął się M.


Trochę powalczył, trochę poprzeklinał i efekt jest:


Na tym zdjęciu możecie zobaczyć trochę naszej wnętrzarskiej masakry, ale uspokajam, że idzie ku lepszemu ;) Do Świąt jakoś to ogarniemy (pytanie tylko do których...).

Sesję z otwieranym nowym oknem tarasowym dopiero zrobię, bo pogoda nieprzychylna ostatnio, ale małe "przed" i "po" mogę pokazać.


Prawa strona jest nieruchoma, natomiast dwie pozostałe otwierają się "całościowo", tzn. jest ruchomy słupek pomiędzy nimi. Latem więc będzie piękne, szerokie wyjście na taras. Sam taras jak widzicie zagracony po tych wszystkich remontach. Niestety domaga się również nowej nawierzchni, bo po tych 30-kilku latach nie trzyma już poziomu zupełnie :)

Muszę się Wam jeszcze pochwalić jakiego mam artystycznie zdolnego Małża. W sobotę, po krótkim wypadzie moim i Młodego, czekała nas niespodzianka. Mój zdolny M. przygotował dynię na Halloween! I to nie byle jaką, tylko wyciętą na kształt Om-Noma. Dla niewtajemniczonych - to taki zielony stworek ze wciągającej gierki na telefon lub tablet, w którego zagrywa się Młody (i my zresztą też). Powiem szczerze, że mi zaimponował mój mężczyzna, bo ja bym nie dała tak rady. Planowałam co prawda zrobić dynię dla Młodego i nawet wzięłam z domu rodzinnego przydasia do drążenia, a tu takie zaskoczenie!


A na koniec migawki z mojego ogrodu.
Jakiś czas temu udało mi się wsadzić borówkę brusznicę i żurawinę oraz jabłonkę, a dąb w narożniku działki mienił się pięknymi kolorami:


Niestety jeszcze sporo zostało mi do wsadzenia (w międzyczasie dotarła nowa dostawa ze szkółki), a łopatę wczoraj złamałam! Do tego pomocy brak, bo wiadomo M. albo w pracy, albo działa remontowo, a Młody... No cóż - niezbyt jest pomocny ;)


Tak więc trzymajcie za mnie kciuki, bo nie wiem jak to wszystko ogarnąć!

18.10.2013

Dach i inne dzieje

   Słowo się rzekło i klika słów o dachu dzisiaj.

11 września pojawili się u nas "fachowcy" od zdzierania azbestu. Tak, tak - mieliśmy to cudo tutaj na dachu i to jeszcze zalane betonem, by twardo i płasko pod papę było. Wyglądało to już dość słabo:

 *Zdjęcia dziś raczej słabe, bo to M. z telefonu robił na bieżąco.

W tym roku dofinansowanie 100% na rozbiórkę i utylizację azbestu, więc chcąc nie chcąc lepiej było skorzystać. Termin bardzo niefortunny, ale nie mieliśmy za bardzo wyboru. Ekipa, która się zjawiła przyprawiła nas raczej o opadnięcie rączek. Total recydywa i BHP pojęciem obcym dla nich. Uciekłam z Młodym do mojego brata, a M. dzielnie został na stanowisku.


Trociny, słoma i Bóg wie co jeszcze - to była cała nasza izolacja :)

Jak pozbyliśmy się panów i azbestu to do akcji wkroczył dzielny M. "Wyrzeźbił" więźbę, ułożył wełnę, przykręcił osb, a przyjaciel nasz poratował w kwestii zgrzewania papy.

  

Najgorsze na szczęście za nami. Bo oczywiście jak dach nam zerwali, to opady deszczu wykończyły tutaj M. Mnie z Młodym akurat nie było, gdy deszcz zaatakował o 3ej nad ranem i zaczął sobie kapać w domku gdzie popadnie (mimo wydawałoby się szczelnej płachty rozpostartej na dachu). Jakby współczując tatusiowi Młody tej samej nocy wygenerował sobie super gorączkę, więc nikt nie spał tej nocy, chociaż o 100km byliśmy oddaleni ;)

 

Już na szczęście końcówka i niedługo pochwalę się naszym nowym, szczelnym, ocieplonym dachem :)

***

A poza tym nic nowego. Pech grzybowy zdecydowanie odpuścił i nawet po godzinnym spacerze z Młodym udało nam się przynieść coś ślicznego :)


Ta łubianka maślaków, to efekt 15 minutowej działalności zbieraczej na ugorze tuż za naszym płotem. A "zajączki" (nie znam oficjalnej nazwy) znalazłam pod świerkiem w ogrodzie tuż przy furtce nieomal.

Ważniejsze i cenniejsze są jednak te cuda:


 Rydze pojawiły się ostatecznie w tajnym miejscu mojej mamy :) Podgrzybki takie podrośnięte i zdrowe czekały na samym początku najbliższego nam lasku. No a sowy (tudzież kanie)... Te to zrobiły mi największa niespodziankę, bo ukryły się sprytnie między dwoma świerkami srebrzystymi tuż przy płocie od frontu ogrodu naszego! Piękny prezent od tego naszego skrawka ziemi :)

***

Jeszcze wspomnę tylko, że moje plany ogrodowe rozwijają się z dnia na dzień. Nie wiem tylko skąd wziąć czas, dodatkowe ręce i siły na nie ;) Zaczynam już obmyślać warzywnik na nowy sezon. Chyba ostatecznie udam się tam z miarą i zimą będę rozrysowywać różne opcje - kredki też pójdą w ruch! Może zapędzę się z tym na cały ogród nawet :) Przystąpiłam też do Klubu Pożądanego Nasionka - Na Ogrodowej. Oczywiście póki co nic nie wnoszę (bo nic nie mam), ale Bubisa ulitowała się nade mną i wyglądam już listonosza z niecierpliwością.

***

Co tam jeszcze...? Praca ciągle się szuka i jakoś nie chce mnie odnaleźć. Sikorki wydziobują piankę uszczelniającą przy oknach, a sójki szaleją w ogrodzie. Wróbelki ulokowały się na wierzbie. Odwiedza nas również pan dzięcioł. A Młody przez okno tarasowe podgląda małego kotka, którego czasem dokarmiamy. Wnętrze domu nadal nie zachęca, ale da się żyć (chociaż wiele osób się dziwi jak dajemy tu radę). Ale woda bieżąca jest (chociaż nadal zimna tylko), prąd też (no... może wczoraj nie koniecznie akurat) i internet mobilny daje radę. Czego chcieć więcej?! No dobra - prysznica z ciepłą wodą, piekarnika i pralki ;) Ale to też już bliżej niż dalej przecież!

***

Dziękuję Wam za każdy komentarz. To tak miło, że komuś chce się tu zaglądać i jeszcze ślad po sobie pozostawić :)

12.10.2013

Grzybobranie i plany ogrodowe

   Wielkie szczęście w moim domu! No dobra, nie wiem czy domu, ale na pewno moje wielkie szczęście :) Mój pech grzybowy w końcu  mnie opuścił. Już miałam naprawdę załamkę w  tym roku. Że takie ledwo co, że jak to tak bez grzybków. Okazało się jednak, że to nowe miejsce, nowy dom sprawił mi wielką niespodziankę! Powiem Wam szczerze, że kamień podwójnie spadł mi z serca. Po pierwsze, że jednak coś w tym roku uzbieram. Po drugie, że jest blisko "grzybowy" las :)

We wtorek słoneczko tak ładnie przygrzewało, że zaraz po przedszkolu namówiłam syna mego na małą wyprawę. Zaczęliśmy w miarę spokojnie i rekreacyjnie. Ale w czwartek poszliśmy już na całość! I to ledwo skraweczek lasu obeszliśmy, a kobiałka pełniutka :)

*Lewy narożnik to wtorkowy zbiór

Standardowo oczyszczanie zabrało więcej czasu niż zbieranie i M. wysuwał w moim kierunku głupie uwagi, że niepotrzebnie sobie robotę zgotowałam. Ale co on się tam zna. Poza tym ciekawe czy takie niepotrzebnie, jak będzie kolejną dokładkę zupy grzybowej na Święta sobie brał :P

Grzybki teraz pojechały podsuszyć się do piekarnika do mojej mamy i niestety nie zdążyłam zrobić zdjęć moich cudnych łańcuchów. Swoją drogą, jakby świeże grzybki rosły w okresie świątecznym, to jak cudny byłby łańcuch na choinkę z takich pachnących skarbów...

***

Ostatnio często siadam i przyglądam się mojemu ogrodowi przez okno. Rozmyślam jak ogarnąć ten busz, a po drugie jak zagospodarować ten teren na nowo. Kilka rzeczy już powstało w mojej głowie, ale sporo niewiadomych pozostaje.


Wybaczcie jakoś zdjęcia, ale nie dość że przez szybę, to jeszcze pod słońce (zachodzące). W każdym bądź razie za tymi sosenkami powstanie nieduży warzywnik. Marzy mi się taki trochę w angielskim stylu, ale to chyba nie uda się tak od razu. Chociaż ogród taki dla niektórych wygląda bałaganiarsko, to naprawdę musi być przemyślana sprawa.
To jest widok na lewą część, natomiast bardziej na prawo...


Moje skromne wrzosowisko. Na pierwszym planie przesłonięte przez mirabelkę zdaje się. Niestety zdziczałą lekko i w formie krzaczastej jakiejś takiej. Może któraś z Was wie jak to ogarnąć?
Natomiast w tle widać (a przynajmniej uwierzcie mi na słowo) zarośnięte nadal maliny, niedobitki truskawek i ugór ogólny ;) Do tamtego fragmentu nie wiem kiedy dotrę. W zamyśle ma tam powstać zakątek w stylu leśnym.

Plany te i marzenia podbudował jeszcze dzisiejszy telefon od mojej mamy. Zagubiła się kobieta w sklepie ogrodniczym. I same radości pokupowała! Jabłonkę (marzenie Młodego), jagodę Goji, jeżynę bezkolcową, dwie jagody kamczackie, agrest biały, czerwony i porzeczkę szczepione na pieńkach, żurawinę i borówkę brusznicę. No same moje wymarzone rośliny! Gębę mam rozhahaną że hej! Już się nie mogę doczekać kopania, wsadzania, doglądania. Tylko teraz przepadnę na cały dzień przy oknie, żeby zaplanować gdzie i jak :)

A dzisiaj w końcu zabrałam się za szparagi. Ale idzie jak po grudzie, bo zarośnięte na potęgę. Mam jednak nadzieję, że jutro dopnę sprawę.

Jeszcze kilka lat temu nie podejrzewałam siebie o takie zapędy ogrodowe, a teraz tylko o tym myśleć mogę. Ziemia wciąga ;)

A następnym razem chyba relacja z naszego dachu, bo M. doprasza się o Wasze komplementy i tylko mi wspomina co chwilę, że o dachu mogłabym napisać ;)

08.10.2013

Wrzosowiska ciąg dalszy

   W końcu udało mi się spędzić trochę czasu w domku. W końcu nigdzie nie jechałam na weekend. W końcu można było chociaż minimalnie ogarnąć i ulepszyć swoją przestrzeń życiową. Oczywiście bez fajerwerków, bo u nas wszystko dzieje się powoli (czas ucieka nie wiadomo dokąd!).

Doprosiłam się w końcu M., żeby wyniósł wory z zaprawą i innymi cudami z naszego jedynego póki co pokoju "życiowego". Częściowo udało mi się też wyprosić jego narzędzia do piwnicy - masakra czasem z tym moim ślubnym ;) No ale przede wszystkim wyprosiłam u niego dwie półki do kuchni. Nic wielkiego, bo stare półki przykręcone na kątowniki od więźby, ale bardzo mi to życie ułatwiło i tymczasowo szczęśliwa kuchennie jestem :)

Natomiast ja sama działałam głównie w ogrodzie. Po zeszłotygodniowym przymrozku trzeba było w końcu pozbyć się cukinii. Oczywiście mając siebie za superwoman wzięłam się za przekopywanie i teraz cierpię na ból pleców.

Wczoraj za to udało mi się powiększyć moje wrzosowisko. Moja mama wzbogaciła mój zasób roślinek i ta-dam!


Zakątek ten cieszy moje oczy niezmiernie i chociaż reszta ogrodu wiele pozostawia do życzenia, to przecież to jest naprawdę dobry początek!


Następną robotą w ogrodzie będą te nieszczęsne szparagi - naprawdę ostatni dzwonek na nie!


To właśnie to kłębowisko roślin czeka na uporządkowanie. A właściwie na wyrwanie i pozostawienie samych szparagów. Po prawej natomiast fragment, który rozłożył moje plecy ;) A ten mureczek jakby ktoś był ciekaw, to pozostałości małego tunelu foliowego, który był tu dawno temu i gdzie rosły pomidorki. Ale to ja piękna i młoda byłam wtedy, a przede wszystkim baaaardzo nieletnia ;)

Słońce nieśmiało wygląda zza chmur, więc zbieram się po Młodego do przedszkola i może uda nam się co-nieco uskutecznić w ogrodzie.

Wiele słońca Wam życzę. A.

25.09.2013

Jesiennie w domu

   Wbrew tytułowi posta, wcale nie będzie on o dekoracjach jesiennych w domu. Do tego jeszcze dłuuuga droga. Obecnie cieszę się, że na głowę nie kapie ;)

W poniedziałek udało mi się wreszcie wrócić do domu. Młody się w miarę podleczył, brat przyjechał jako zmiennik, żeby ogarnąć ojca trochę, więc po kolejnym już pakowaniu powrót do mężunia :) Stan remontowo-budowlany oczywiście nadal trwa. Obiektywnie patrząc to jakaś masakra jest, a po tygodniowych rządach M. miejscami wygląda lekko meliniarsko ;) Mimo tego wszystkiego fajnie być w swoim domku w końcu. Nikt nie marudzi jeśli nieumyty gar stoi do następnego dnia, a góra ciuchów czeka na składanie. Marudzić mogę tylko ja ;)

W sprawie update'u, to M. nadal dach robi (w pojedynkę nie tak prosto), ale rzeźba już jest i osb też (dach płaski mamy). Jak pogoda nie nawali, to w weekend jest szansa na papę. W poniedziałek dojechał też piec do kotłowni i teraz czeka grzecznie w kolejce "domowych rzeczy do zrobienia" na podłączenie. Póki co eksploatujemy naszą kozę i nie marzniemy.

Wczoraj, korzystając z pięknej pogody, wzięłam się za moje mini wrzosowisko. Jak pisałam ostatnio, Dusia sprawiła mi ogromną radość niespodziankową paczką. Trzy krzaczki wrzosów to już dobry początek! Idąc za ciosem okazyjnie kupiłam sobie jeszcze trzy (gdyby nie ten nasz budżet, to i 30 byłoby mi mało), więc miałam nad czym pracować. Najpierw musiałam odzyskać kawałek ziemi z tego naszego buszu.


Kilka godzin przekopywania, oczyszczania ziemi, wycieczek na kompostownik, sadzenia, podlewania i teraz mam tak:


Na kolejnym zdjęciu widać nasz "piękny" gąszcz. Musicie mi wierzyć na słowo, że wśród tych wiechci ukrywają się szparagi. Odgruzowanie ich to kolejna sprawa na mojej liście "rzeczy do zrobienia" :)


A dzisiaj, ponieważ Młodego jeszcze zatrzymałam w domu w ramach rekonwalescencji, wybraliśmy się do pobliskiego lasku. Oczywiście nie znaleźliśmy ani jednego grzyba w nim :) Za to na pobliskim ugorze obłowiliśmy się w maślaki. 


Jak zawsze w swoim szale zbieractwa nie powstrzymałam się przez zbieraniem nawet tych malutkich. I teraz czeka mnie "uroczy" wieczór (a pewnie i kawałek nocy) oczyszczania ich ;) Lepiej już zacznę...