23.10.2017

Post kobyła, czyli po co jechać na Zieleń to Życie

To był chyba najbardziej zabiegany wrzesień i październik w moim życiu. A już na pewno najbardziej wariackie dwa miesiące w tym roku. Jak wiecie z poprzedniego posta, rozpoczęłam wyjazdem na targi "Zieleń to Życie" do Warszawy (o czym kilka słów za chwilę). Zaraz potem początek roku szkolnego i start Młodego w nowym miejscu - tak, mamy w końcu ucznia w domu.

W pracy istna kołomyja! Ogarnianie dokumentacji dofinansowania odnawialnych źródeł energii dla mieszkańców (jestem czasem urzędnikiem od wszystkiego ;) ), uroczyste otwarcie hali widowiskowej, wieczorne posiadówy w sprawie strategii promocji miasta, akcja sprzątania nad rzeką, ustalanie budżetu na rok przyszły, szkolenie z edukacji o recyklingu, szkolenie z tworzenia questów, konferencja na temat turystyki rowerowej, konferencja  sieci edukacji ekologicznej. A, i jeszcze praca bieżąca (taki szczegół).

Prywatnie spotkania ogrodniczo-blogerskie, Roślinny Targ Towarzyski, kontrolna wizyta z Młodym u alergologa, zebranie szkolne, pasowanie na ucznia i wyjazd na Wielkopolskie Obchody Światowego Dnia Turystyki. Ups... To ostatnie to też praca przecież :D

Do tego istny szał grzybowy (całe szczęście, bo zapasy przez kilka ostatnich lat bardzo zmalały), praca bieżąca w ogrodzie (a właściwie to nadganianie po całym tym "lecie") i układanie paneli u mamy i... już sama nie wiem co jeszcze!

Widzicie więc, że nie próżnowałam. Na przeprosiny mam dla Was ostatnią różyczkę z ogrodu :)


A teraz słów kilka o mojej wyprawie do Warszawy. Nie miałam za bardzo czasu i jechałam tylko na jeden dzień. Ostrzegano mnie, mówiono, że szału nie ma. Nie do końca wierzyłam. Z racji ciężaru i skoro "d... nie urywa", to apart zostawiłam w domu (dlatego zdjęcia dość słabe poniżej). Nawet Wszechświat mnie ostrzegał, ale obiecałam już Komuś ;) , więc ok.

Jak ten Wszechświat mnie ostrzegał? Ano tak, że pomimo wyruszenia na dworzec z odpowiednim zapasem czasu, przygotował mi korek jakiego w życiu nie widziałam jeszcze na tej trasie. I... spóźniłam się na pociąg. Gdyby nie to, że za godzinę był kolejny, a "Ktoś" by mnie zabił, to bym zawróciła na pięcie do domu!

Ale do brzegu. Dojechałam w końcu (objazdem przez Gniezno, bo przecież linia kolejowa w remoncie). Mąż Ktosia zgarnął mnie z dworca, zabrał moją walizkę i odstawił prosto na aftera blogerskiego.

O! I np. po to warto było jechać. Ktoś (to oczywiście Aga z "Wolniej, tu i teraz") wyściskał mnie do utraty tchu, a i pozostali ucieszyli się na mój widok (chyba szczerze...? ;) ). Po wszystkich tych atrakcjach padłam w końcu na pysk. A kolejnego dnia śniadanko i na targi. Pogoda - syf totalny. Targi - syf prawie totalny. No może nie syf. Bieda i wieś? Generalnie to mają być targi? Dwie hale i takie tam cóś przed wejściem? No ok...

Wielki plus tego dnia, to spotkanie z Kasiulą z "The Garden - Ogród Kasi i Andrew Bellingham". Krótko, bo krótko i niemal w locie, ale uściski, buziaki, szybkie ploty i prelekcja Kasi jak zawsze na 102% naładowana energią i optymizmem. Aż człowieka ręce zaczynają świerzbieć i zaraz by chciał lecieć do roboty do swojego ogrodu :)


Mogłabym epopeję napisać, o tym co na targach mi się nie podobało. Ale szkoda mi na to dzisiaj zdrowia. Wystarczy, że za oknem szaro i mokro - nie trzeba się dodatkowo dobijać ;)

A co mi się spodobało? Rośliny, rośliny i jeszcze raz rośliny. To jedyna przewaga ZtŻ nad Gardenią - wszystko kwitnie i szaleje.
Na początek - zatrzęsienie jeżówek na każdym kroku. Dla kogoś, komu wyrosły same liście, to naprawdę duża uciecha :D


Często w kompozycjach z montbrecją. Ponownie - dla kogoś, komu nic (totalnie nic!) z 30 cebulek nie wyrosło, to jest radość.


Sporo ciekawych roślinek też wypatrzyłam. Na czele z niemal czarnym arcydzięglem.


Były też ładne ozdobniki na rabaty.


Muszę męża poprosić, żeby mi coś podobnego wyczarował z metalu.

Ze wszystkich stoisk najbardziej podobało mi się to Szkółki Dąbrowscy. Zresztą nie tylko mi. Ale co się dziwić - piękne, bogate (w rośliny a nie udziwnienia), cud, miód, malina.


Na targach było też coś, co szumnie nazwano ogródkami pokazowymi. Litościwie spuśćmy na to zasłonę milczenia (przynajmniej w tym wpisie). Był tam jednak jeden element, który wpadł mi w oko - taka sobie ścieżka:


Owszem, dość nietrwała, ale za to tania i prosta do wykonania. Mogłabym mieć.

I cóż jeszcze? Kiermasz roślin przed wejściem. Zupełnie nie rozumiem, czemu taki ścisk, czemu tak mało miejsca. Spokojnie zamiast tych pseudo pokazowych mogli to ustawić... Ale roślinki fajne. Musiałam sobie cały czas powtarzać, że wracam pociągiem. Sama. Plus walizka jeszcze. Nie kupuj tego!!


Na szczęście to nie wszystko moje. Tylko pięć :D Ale i tak powrót to była droga przez mękę - wagon bezprzedziałowy, full ludzi, ciasno. Walizkę miałam przy nogach a rośliny na kolanach. Całe 4 godziny...

Podsumowując ten temat -  czy warto jechać na Zieleń to Życie? Mając na uwadze wszystkie minusy, które Wam odpuściłam? Otóż tylko i wyłącznie po to, by spotkać się ze znajomymi i z nimi miło spędzić czas. Targi można sobie darować ;)

A u mnie ogrodowo jak? Powoli do przodu. Porządki w warzywniku zrobione.


Dalie wciąż kwitną w oczekiwaniu na pierwszy przymrozek.


Te siane z nasion z wymianki z forum Na Ogrodowej również.


Dynie zebrane przeprowadziły się pod folię.


I czekają na zeżarcie ;)


A! I przeprosiłam się w tym roku z dziewanną. Tępiłam ją przez kilka lat (no bo kurcze, była wszędzie!), ale ostatecznie postanowiłam polubić. Wyboru nie miałam ;)


Także tego... Chyba wystarczy na dzisiaj. Ale spokojnie. Drugi post już czeka w kolejce na publikację. Jednakże ostrzegam, że może być lekko kontrowersyjny i nie dla każdego. Zapraszam tylko osoby z dystansem do siebie i świata ;)

26.08.2017

Przed. I po.

Komu lato śmignęło tak szybko jak mi - ręka do góry! Ledwo się człowiek obejrzał, a tu już ostatnie dni sierpnia. Lipiec i sierpień to dwa tak intensywne miesiące, że blogowanie chyba naturalnie schodzi na dalszy plan. I to nie tylko u mnie. Zauważyłam, że jest to ogólny trend. Szkoda tych ciepłych dni na siedzenie przed ekranem komputera, prawda?

Ostatnio pisałam Wam o spotkaniu blogerskim w Poznaniu, a tu już za chwilę odbędzie się kolejne, przy okazji targów Zieleń To Życie w Warszawie. I w tym roku wybieram się tam po raz pierwszy. Z racji obowiązków zawodowych tylko na jeden dzień (sobotę), ale zawsze ;) Aga z bloga Wolniej, Tu i Teraz kusi mnie ofertą roślinek, które można tam kupić. Więc kto w niedzielę w pociągu relacji Wa-wa - Poznań zobaczy obładowaną zieleniną kobitę - to będę właśnie ja.

I to była ta informacja "Przed". Natomiast "Po", to chciałam jeszcze kilka słów z ogrodniczo-blogerskiego światka skreślić. Konkretnie z wycieczki do Ogrodu Botanicznego w towarzystwie Magdy z Barw Ogrodu i Iwony z Elfickiego Zakątka. Taka wspólna wyprawa to zupełnie coś innego niż samotne wędrowanie po ścieżkach. To wymiana uwag na bieżąco, wspólne zachwyty lub zdziwienia. Bardzo mile spędzony czas :)

A dodatkowo wiele inspiracji. Wiele nowych pomysłów w mojej głowie się zrodziło. Wszystko Wam jednak powiem przy okazji oglądania zdjęć.

Na początek staw / oczko wodne. Jak zwał tak zwał. W ogrodzie przyjaznym faunie jakaś forma zbiornika wodnego powinna się znaleźć. Teoria tak mówi. U mnie wielki minus w tym temacie ciągle. Nie mam pomysłu, a przede wszystkim sił i funduszy. Ale moje "chciejstwo" roślinne woła ostatnimi czasy o tzw. lilię wodną. No i tak sobie wymyśliłam, że są ponoć miniaturki. Do małych zbiorników. Myślę więc o ocynkowanej starej wanience lub balii - ktoś ma jakieś doświadczenia w temacie?


Druga rzecz to różanka w Botaniku, która powaliła mnie prawie na kolana.


Całe łany róż posadzone wg zmieniającego się odcienia płatków.


I ten zapach. Te kolory. Te kwiaty. Nie mogłam się zdecydować, która najpiękniejsza...




Koniec końców jest taki, że moje "chciejstwo" woła również o róże. Tylko gdzie je zmieścić?!

Oczywiście ogród botaniczny to nie tylko ładne kwiatki, ale też zbiory roślin, tabliczki z nazwami łacińskimi, systematyka. A dla warzywnikowych bzików? Całe poletko cukinii :D


Mój cały warzywnik jest mniejszy niż to poletko... :(

Gdyby mój ugór cały czas był takim ugorem jak wtedy, gdy się wprowadziliśmy, to byłabym bardzo zainspirowana tym co poniżej:


Swego czasu nudna polana z wynędzniałym pseudotrawnikiem. A teraz super modna wykaszana częściowo łąka wywołała wielkie uśmiechy na twarzach blogerek ogrodniczych ;)


A jeśli macie ziemię wilgotną, miejsce raczej zacienione to jak ogarnąć większą połać ogrodu? Można założyć łąkę... miętową!


To wszystko powyżej to kępy różnych odmian mięty. Nie wiem czy można zjadać ogród botaniczny, ale my skubałyśmy listki i sprawdzałyśmy smaki i miętową moc ;)

A na co zwraca uwagę Brzezina w każdym ogrodzie? Oczywiście na brzozy :) I bardzo zadowolona stwierdza, że ta odmiana, która jej się bardzo podoba, rośnie już w jej ogrodzie i za kilkanaście lat też będzie tak wyglądała ;)


I na koniec rabata pokazowa, która skradła moje serce! I zainspirowała do zmian w przyszłym roku.


Fontanny nie mam, ale większość roślin użytych do tej kompozycji to i owszem.


Póki co wszystkie rośliny wsadzałam tam, gdzie akurat było miejsce. Przyznam Wam się, że dopiero od tej wizyty w Botaniku, zaczęłam myśleć o jakiejś sensownej kompozycji. Dużo roślin odratowałam z innych części ogrodu i przesadziłam tak, by mogły nabrać sił. Nie tak, żeby dobrze ze sobą wyglądały.


Ale skoro nabrały już chęci do życia, zaczęły znów kwitnąć, to chyba pora posadzić je tak, by stworzyć równie piękną rabatę? To jest moja misja! I zaczynam już tej jesieni :)

A rabata nie tylko mi tak wpadła w oko. Również Iwonie:


I Magdzie:


Dziękuję Wam dziewczyny ze wspaniały wspólny spacer i przemile spędzone przedpołudnie :)

A Was moje kochane czytelniczki zachęcam do pozostawienia tutaj jakiegoś znaku po sobie ;)

19.07.2017

Pierwszy Konwent Blogosfery Ogrodniczej

Jakiś czas temu pisałam Wam (o - tutaj), że szykuje się takie wydarzenie jak Konwent Blogosfery Ogrodniczej i to na dodatek w Poznaniu, więc oczywiście się wybierałam. Czas na organizację był wyjątkowo krótki, dlatego (co było do przewidzenia) wstępny plan spotkania zmieniał się wielokrotnie na przestrzeni kilku dni. Właściwie do ostatniej chwili nikt nie był do końca pewien jak to ma wyglądać, jak wypadnie, jaki jest program. Oj gdybym musiała przemierzać pół kraju jak niektórzy, to minę mogłam mieć niewyraźną...

Ale jak większość z Was wie, ja do Poznania to rzut beretem mam i mogłam sobie na takie eksperymenty spotkaniowe pozwolić z czystym sercem. Właściwie to już nie chodziło o konwent wcale, tylko o spotkanie ze znajomymi osóbkami, blogerami. Nad niedociągnięciami spotkania powinnam może spuścić zasłonę milczenia, ale ku pamięci warto jedno odnotować.

W programie były wystąpienia blogerów. Pierwotnie miały być dla czytelników, ostatecznie odbiorcami byli producenci i ich przedstawiciele z branży ogrodniczej. I powiem Wam, że w sumie bardzo cieszyłam się, że ze swojej prezentacji zrezygnowałam. My (blogerzy) szykowaliśmy się na spotkanie z czytelnikami, zapaleńcami ogrodowymi. Oni (producenci) spodziewali się prezentacji naszych blogów i profili. Niestety nikt im nie wytłumaczył sytuacji...
Na szczęście my generalnie dobrze się bawiliśmy na wystąpieniach kolegów i koleżanek :)


Szczególnie podobało mi się wystąpienie Tomka Ciesielskiego o Chelsea Fringe, ponieważ uczestniczyłam w tym wydarzeniu (moja relacja - tutaj) i fajnie było popatrzeć na to samo z jego (jako organizatora) perspektywy.


Uśmiałam się na półimprowizowanym wspólnym wystąpieniu Wery i Cezara (Werxwer i Miejski Ogrodnik) :D Szkoda, że producenci mieli miny jak z nagrobków. Ale skoro nie chciało im się nawet zerknąć na ich blogi / vlogi przed spotkaniem, to już ich strata :P


Kolejnym punktem programu były fajne warsztaty dla nas i możemy tylko żałować, że przewidziano na nie po prostu za mało czasu!


Podzieleni na grupy mogliśmy porozmawiać o naszych blogerskich bolączkach. A potem zaprezentować je sobie nawzajem.


Ku pokrzepieniu mojego amatorskiego serca okazało się, że wszyscy (mniej i bardziej znani) mamy niemalże te same problemy. Jakie spytacie? Ano brak czasu (blogerzy ogrodniczy nie żyją z blogowania), natłok tematów i wybranie tych najciekawszych, opanowanie nowych technologii (jestem w trakcie - hi hi hi), mały odzew czytających.


Tak, tak - to ostatnie jest bardzo demotywujące. Jakoś zawsze łatwiej się zabrać do kolejnego posta, gdy pod poprzednim pojawią się komentarze i wiemy dla kogo piszemy. Tak więc jak chcecie mnie zmobilizować do częstszego pisania, to wiecie co robić ;)

Wracając do warsztatów - druga część to wyobrażenie naszego idealnego czytelnika :) Bardzo o tych czytelnikach trzeba myśleć i ich sobie wizualizować, by się ujawnili :D A tak serio - kiedy wiemy dla kogo piszemy (lub chcemy pisać), to łatwiej jest dobrać tematykę, styl, a nawet wygląd bloga.


Po warsztatach mieliśmy ponownie spotkanie z producentami. Tym razem w luźniejszej atmosferze przy kawie i lampce wina ;)


Nawet udało mi się poznać kilka sympatycznych osób. Ale póki co nie spodziewajcie się jeszcze postów sponsorowanych :D W najbliższym czasie pozostanę dla Was naturalna i niezmieniona, bez grosza w kieszeni :D

Wieczorem mieliśmy już spotkanie zupełnie na luzie, alkohol się lał, była zabawa. Dałam się nawet namówić na partyjkę bilarda z miłym i kulturalnym przedstawicielem z Agrecolu. Był też niestety synek prezesa. I tutaj uwaga do firmy (jeżeli kiedykolwiek trafią na ten wpis) - nie wysyłajcie tego gościa nigdy, by reprezentował was. Niech siedzi lepiej zamknięty w domu i wstydu wam nie przynosi...

I tym optymistycznym akcentem kończę moją relację z Pierwszego Konwentu Blogosfery Ogrodniczej :D
Zdradzę Wam jeszcze, że dzień "po" był jeszcze milszy, bo razem z dwiema blogerkami spędziłam miło czas w ogrodzie botanicznym, a potem z większą grupą na przepysznym lunchu. Jak się zbiorę, to nawet post napiszę o tym. Zwłaszcza o "botaniku", bo mnie tam natchnęło!

P.S. Zdjęcia dziś takie sobie, bo robione telefonem, a jeszcze nie opanowałam zdjęć we wnętrzach ;)

07.07.2017

Przeżyjmy to jeszcze raz

Mam 3 posty oczekujące w kolejce. I każdy jednakowo ważny moim zdaniem. Powiem szczerze - odbyło się drogą losowania i padło na wspomnienia z urodzinowo-dniodzieckowego wyjazdu w góry. Gdzieżby indziej jak znowu Karkonosze i Karpacz ;)
 
Nasz standardowy jesienny wyjazd w góry postanowiliśmy w tym roku przełożyć na wiosnę. Młody od września rusza do pierwszej klasy i wolałbym go na samym początku nie wybijać z rytmu szkolnego. Spanie - tam gdzie ostatnio (o naszym jesiennym wyjeździe - tutaj). Nadal możemy polecić z pełną odpowiedzialnością Hostel Krokus. Dodatkowo tym razem była z nami moja mama i też była zachwycona tą miejscówką, więc jak ktoś miał wątpliwości to teraz może je porzucić ;)

Pierwszego dnia wybrałam podejście czarnym szlakiem do Białego Jaru i przejście przez Jar do Strzechy Akademickiej. Niestety z tego odcinka nie mam ani jednego zdjęcia. Ciągle trwożnie oglądaliśmy się za ramię oceniając, czy burza skręci w naszym kierunku, czy mamy iść dalej, czy wrócić... Przecież szkoda dnia, ale w górach trzeba uważać.

Lata spędzone na wydziale geografii nie poszły jednak na marne, jakaś wiedza z zajęć z meteorologii została w głowie i decyzja o kontynuacji wycieczki okazała się słuszna. Szczerze powiem, że było ciężko. Pierwszy dzień, bez zaprawy, gorąco i ostre słońce przedburzowe. Udało się bez zawału, bez narzekań Młodego i bez padnięcia mamy ;) Ostatnie podejście z Białego Jaru w kierunku Strzechy i w końcu chwyciłam aparat :D


Po takim podejściu i zszarganych nerwach przez burzę (która zatrzymała się jednak u stóp gór i generalnie szalała nad Jelenią Górą i okolicach) trzeba było jakoś się wyluzować ;)


Za Strzechy, bardzo ambitnie ;) udaliśmy się na kolejne ukojenie nerwów do Samotni. 


 Bo taki generalnie był plan tego dnia - wejść i delektować się widokami.


Na zdjęciu powyżej widać, że:
- 30 maja śnieg partiami leżał sobie jeszcze w najlepsze,
- świeża zieleń w górach wiosną bije po oczach,
- od strony Czech też się czaiła burza.

Przy Samotni zabawiliśmy długo, urządzając sobie m.in. sesję selfie na kijku ;)


Młody natomiast odstawiał Zdobywcę :)


Jak już ta Czeska burza dobrze się naszykowała, to ruszyliśmy na dół. Burzy uciekliśmy, załapaliśmy się tylko na deszczyk na ostatniej prostej. Dzień udany, plan wypełniony, wszyscy zadowoleni :)

Dzień drugi. Chłodniej. Pogoda idealna w góry. Podejście czerwonym szlakiem od Orlinka do Schroniska Nad Łomniczka.


Obowiązkowo dłuższa przerwa przy wodospadzie Łomniczki.


I znów analiza powyższego zdjęcia:
- u podnóża gór znów pada,
- wodospad jest powyżej,
- więc M. raczej przeżyje ;)

Miał tam facet misję...


A potem dalej przez Kocioł Łomniczki ostro pod górę do Domu Śląskiego.


Przy okazji:
Musicie wiedzieć, że Młody ma swój podróżniczy plecak (swoją drogą wygrany przeze mnie na jednym z blogów). W plecaku tym, w bocznych kieszonkach, zawsze podróżują dwa pluszowe zwierzaki. Miś zwany Królem Julianem (nie pytajcie mnie dlaczego) oraz owieczka Wełenka. Do tego Młody gromadzi na plecaku przypinki ze wszystkich miejsc, które odwiedził. Bez żadnego oszukaństwa - tylko tam gdzie sam był w ciągu ostatnich 3 lat. Trochę już tego się nagromadziło...


Poza przypinkami obowiązkowe są też pieczątki w książeczce GOT. Od następnego wyjazdu zabieramy się na serio za dokumentację przejść i zbieranie punktów na odznaki PTTK!

Wróćmy jednak do wycieczki. Całkiem sprawnie dotarliśmy do Domu Śląskiego, pomimo tego, że mama planowała ataki lęku wysokości. Tradycyjnie nagroda ze podejście musiała być i to z zacnym widokiem ;)


Mała uwaga, zanim ktoś będzie protestował - Młodemu normalnie nie pozwalamy pić coli, ale był tak dzielny, że mu się należało :)

Tym razem Śnieżkę tylko podziwialiśmy, bo plan na dalszą trasę jej nie obejmował. Poza tym dużo ludzkich mróweczek się tam pchało. Zwłaszcza zielone szkoły i inne wycieczki ;)


Julian postanowił to całe towarzystwo lekko rozerwać.


Z małą pomocą M.


Piwko wypite, więc można było iść dalej. Tym razem przez Równię pod Śnieżką do Luční Bouda po czeskiej stronie. Jeden z moich ulubionych szlaków :)


Chociaż w górach, to świr ogrodniczy nie opuścił mnie ;)


A Śnieżka ciągle nas pilnuje.


I po kładkach nad torfowiskiem.


Wiatr we włosach w wokół piękne widoki :)


Po niedługim spacerku pojawiła się Luční Bouda.


A za nami cały czas Śnieżka :)


Młody z mamą wyrwali ostro do przodu, a poniższe zdjęcie posłużyło za dowód w małym dochodzeniu podczas wielkiej tragedii kilkanaście minut później.


Luční Bouda jest ogromna. Jest tam hotel, restauracja, browar, spa... Ale generalnie nie polecam. Obsługa jest bardzo niemiła, notorycznie oszukują przy rachunkach płaconych inną walutą niż korony. Warto jednak wejść do środka, zobaczyć wnętrze, wbić pieczątkę do książeczki ;)


Już mamy ruszać w drogę powrotną w kierunku granicy a dalej Strzechy Akademickiej. Ale... Gdzie jest Julian?! Kto go widział ostatnio i kiedy?! Kontrola na zdjęciach - na zoomie siedzi w plecaku kilkadziesiąt metrów prze Boudą. A może zgubił się na piętrze? Mama szybko wraca ale nic. Przed wejściem - nic. M. idzie na szlak drogą, którą przyszliśmy. Ja jeszcze raz idę przeszukać wnętrza. Młody ma już oczywiście łzy w oczach. Nagle kątem oka chwyciłam coś na wieszakach w sieni schroniska. Siedzi u góry! Siedzi na kołkach do odwieszania kurtek! Musiał wypaść przy wchodzeniu, a ktoś (w sumie idąc chyba zaraz za nami) podniósł go i posadził przy wejściu. Uffff... Wszystkim ulżyło. Bo Julian to jak członek rodziny przecież ;)

Jeszcze z mocno bijącymi sercami, ale szczęśliwi mogliśmy iść dalej. I żeby nie było - Równia pod Śnieżką jest naprawdę równa ;)


A w dolinach pogoda też już się poprawiła i wróciły widoki ;)


Obowiązkowo odbyła się przerwa w Strzesze. Tym razem nawet z przekąską. Dobre jedzonko - polecam :)
A potem już tylko w dół...


A na deser jeszcze Dziki Wodospad :)


Młody oczywiście zażył "kąpieli", jak wszędzie po drodze gdzie napotykał wodę ;)


Dzień wyjazdu wypadał w Dzień Dziecka. Nie obyło się więc ponownie bez Muzeum Lego. I tutaj miła niespodzianka, bo pojawiły się nowe rzeczy.


Jak się potem dowiedzieliśmy - co kilka miesięcy jest coś dodawane lub zmieniane. Więc to na pewno nie była nasza ostatnia wizyta ;)


I czas było wracać do domu... Ostatni rzut oka:


I już się serce rwie...

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Dzisiejszy post dedykuję Entomce ;)
P.S. Zdjęcia bez podpisu dzięki uprzejmości M. z jego telefonu.